International Arms Race, czyli starcie browarów pod psem

8
171

Ekipa BrewDoga słynie z niekonwencjonalnego marketingu opartego na skandalu i zwracania na siebie uwagi w każdy możliwy sposób – wystarczy przypomnieć wyścig na najmocniejsze piwo świata, pakowanie piwa w wypchane wiewiórki itp. Za Oceanem mają w pewnym sensie swój odpowiednik – Flying Dog Brewery choć powstał wcześniej, to chyba nie dorównuje Szkotom w skandalizującym wizerunku, choć swoje na koncie chłopaki mają. Głównie za sprawą turpistycznych etykiet i odważnych nazw, z których Wściekła Suka (Raging Bitch) jest chyba nawet zakazana w którymś ze stanów. Browary pod psem, jak pozwoliłem sobie je nazwać, uzgodniły więc, że nie dla nich jakieś kolaboracje (collaboration brew), współpraca i mizianie się. Ma być ostro, ma być kontrowersyjnie, ma się dziać. Wymyślono więc, że zamiast współpracy będzie wyzwanie, ochrzczono je mianem międzynarodowego wyścigu zbrojeń. Pomysł jest taki, żeby uwarzyć piwo smakujące jak India Pale Ale, jednak bez użycia głównego składnika, który przesądza o sukcesie w tym stylu, a mianowicie bez chmielu. Nazwano ten quasi-styl mianem Zero IBU IPA, co nie oznacza wcale że piwo ma nie być gorzkie. Wprost przeciwnie, gorzkie ma być, ale nie dzięki rozpuszczonym w nim alfa kwasom pochodzącym z chmielu, a skoro IBU (międzynarodowa jednostka goryczki) mierzy zawartość alfa kwasów, to i wynik będzie równy zero.

Let’s play! – zatem. Po okładce, tzn. etykiecie, sądząc przyznaję pierwszy punkt dla Flying Doga. Jak nie lubię ich etykiet, to ta jest dobra. Z kolei BrewDog, którego etykiety bardzo lubię, wypada blado i to nie tylko dlatego, że etykieta jest w odcieniach szarości i czerni. Sowa czy też inny puchacz, kojarzy się z jakimś zastępem harcerskim, a nie wyścigiem zbrojeń, konfrontacją i walką do ostatniej kropli piwa w szklance. Dodatkowo Jankesi punktują podaniem pełnego składu, możemy więc wyczytać, że do uwarzenia Zero IBU IPA użyto: liści laurowych, rozmarynu, jałowca, liści mięty, kwiatu bzu i skórki pomarańczowej. BrewDog pisze na etykiecie, że idea jest taka, aby chmiel zastąpić owocami, ziołami i korzeniami, jednak konkretów brak.

Z racji, że piwa są w butelkach o pojemności 0,33L zdecydowałem się na degustację symultaniczną. Już podczas przelewania ujawnia się pierwsza różnica. IAR od Latającego Psa jest mętne i to w dość brzydki sposób, nie jest to równomierne zmętnienie pochodzące od drożdży, ale raczej jakieś gluty. Piwo od BrewDoga jest klarowne o barwie ciemnomiedzianej. Z pianą jest podobnie, również punkty dla BrewDoga, którego piwo ma pianę średnioobfitą, drobną, beżową. Tymczasem konkurent ma pianę niską i bardzo krótką, która znika całkowicie.

W aromacie różnice są równie wyraźne. Piwo z Ameryki ma aromat typowo belgijski – owocowy, brzoskwiniowy, jest też pewna dzikość w postaci aromatu końskiej derki. Przypomina mi aromaty spotykane w co bardziej ortodoksyjnych saisonach. Szkocki reprezentant roztacza zapach żywicy i świerkowych gałęzi. Ja to już gdzieś czułem… tak, aromat jest niemal identyczny z zapachem piwa Świerkowego autorstwa Darka Dudaka popularnego Fidoangela. Piwo to miałem zresztą opisać na blogu, bo wywarło na mnie wielkie wrażenie.

W smaku mamy to, co w zapachu, tylko bardziej. W przypadku Flying Doga jest to złożony smak belgijskiego saisona, z wyraźnymi nutami kwaśnymi i aromatami końskiej derki. Goryczka jest średnia, podobnie jak nasycenie, przywodzące na myśl wino musujące. Ciekawie, ale w niczym nie przypomina mi to India Pale Ale. W przypadku BrewDoga goryczka jest również średnia, ale żywiczna, świerkowa. Te smaki dominują zresztą w przypadku International Arms Race by BrewDog i kojarzą się z żywicznymi aromatami chmielu. Świerk, co prawda różni się od sosny, ale jednak, co drzewo iglaste, to iglaste. 😉

Z pełnym przekonaniem, zwycięzcą konfrontacji ogłaszam BrewDoga. Ich piwo jest czymś w stylu IPA, jest intrygujące, bardzo pijalne i bez wątpienia kupiłbym je po raz kolejny. Piwo z browaru Flying Dog, jest piwem ciekawym, złożonym ale po pierwsze nie przypomina India Pale Ale, a po drugie ma spore wady w wyglądzie. Co ciekawe w rzeczywistości rywalizację wygrał Flying Dog. A wyglądało to tak, że piwa były serwowane w firmowych pubach BrewDoga. W szkockich pubach (w Aberdeen i w Glasgow) wygrał BrewDog, w angielskich (w Newcastle i w Manchesterze) wygrał Flying Dog. Wszystko rozstrzygnęło się w londyńskim Camden gdzie również wygrał Flying Dog.

PS: Nie mogę wykluczyć, że piwo zza Oceanu spotkały po drodze jakieś przykrości, które je zepsuły, ale mówiąc szczerze nie sądzę, to wygląda na efekt zamierzony.

8 KOMENTARZE

  1. Ja też bym postawił na BrewDoga. Flying miał niezbyt przyjemną kompozycję zapachową, kojarzył mi się z syropem ziołowym. Nie dałbym rady wypić butelki 500 ml, podczas gdy BrewDog był autentycznie smaczny.

      • Amerykanie chyba jeszcze nie poszli w tym kierunku, choć może się mylę. W ogóle gruit jest traktowany raczej po macoszemu przez współczesne piwowarstwo, a biorąc pod uwagę możliwości ma ich dużo więcej niż nawet wieloma chmielami chmielone piwo.

  2. Brew Dog jest koroną wśród piw…przepraszam, ale żadnych jałowców, czy igieł nie czuję – a znam się na smaku aromacie i zapachu, tutaj ewidentnie dominuje nuta winogron, jagód, jeżyn i orientalnych przypraw, czuć kadzidło, egzotykę i przede wszystkim nie ma tej nachalnej, agresywnej goryczy wyczuwalnej na każdym kroku u Flying Doga.

    • Nie przewiduję. Piłem już i nie zapadł mi szczególnie w pamięć. Mam za to kilkadziesiąt piw do zdegustowanie. Byłem dziś w Drink Hali we Wrocławiu. Tylko świadomość, że mam dwa kartony piw do spróbowania sprawiła, że ograniczyłem się do 6 piw. Tam było kilkadziesiąt piw, których nie piłem. I wszystkich ich nie wypiję, bo ciągle pojawiają się nowe. Po co wracać do Snake Doga, skoro nie zapadł mi w pamięć?

Dodaj komentarz