Podróż bardzo piwna

14
616

Gdy wygrywałem Profesjonalia zastanawiałem się, jak też będzie wyglądać wycieczka dla zwycięzcy. W końcu nie ma u nas biura podróży, do którego możnaby przyjść i wykupić wycieczkę pt. “Browary Europy”, tak samo jak kupuje się tydzień w Egipcie. Wyobrażałem sobie, że pewnie dokoptują mnie z osobą towarzyszącą, do autobusu pełnego pracowników Grupy Żywiec i pojedziemy zwiedzać browary, głównie te z grupy Heinekena. Ciekaw byłem jakie kraje odwiedzimy? Pewniakiem dla mnie był browar Heinekena w Amsterdamie, pewnie Paulaner w Niemczech, może coś w Belgii. Wręcz martwiłem się, że mój wyjazd do Brukseli się zdubluje. Tymczasem okazało się całkiem inaczej niż sobie wyobrażałem.

W pierwszej wersji w podróż miałem pojechać z żoną. Po naszej eskapadzie do Brukseli okazało się jednak, że dzieciaki kiepsko zniosły rozłąkę. W drugiej wersji miałem pojechać z moim ojcem, z którym miałem już kiedyś okazję zwiedzać browar w Pilznie. Zatrzymały go jednak obowiązki w firmie. Na szczęście jacer (Jacek Domagalski) mój sąsiad po fachu 😉 (czyli piwowar domowy z pobliskiego Milicza) mógł podjąć w ostatniej chwili decyzję, że jedzie.  W innym wypadku miejsce by się zmarnowało. Pojechaliśmy nie w autobusie pełnym pracowników GŻ, a w busie (Renault Traffic) pełnym kumpli. Okazało się bowiem, że organizatorami wycieczki są Grzegorz Zwierzyna (na browar.biz znany jako Żywiec) i Marek Semla (popularny marcopolok), przewodnikiem zaś był Ziemowit Fałat (Zdrój) z Browamatora. Ze wszystkimi znałem się wcześniej z forum i z Festiwalu Birofilia w Żywcu. Dołączył do nas jeszcze Piotr Gilarski – fotograf, który dokumentował też nasze zmagania w Kazimierzu. Zamiast wiec nudnej autokarówki, wyjazd przeistoczył się wypad sześciu kumpli busem na tour po browarach.

Dzień pierwszy

Podróż miała się rozpocząć w Warce, ale ze względu na wizytację browaru przez nowego prezesa GŻ , wizyta w Warce została przesunięta, na inny termin (konkretnie na czwartek 14. października). Zaczęliśmy więc od browaru w Cieszynie. Co prawda browar zwiedzałem już w styczniu na zjeździe założycielskim PSPD, ale wtedy oprowadzał na główny piwowar Dominik Szczodry, a tym razem dyrektor browaru Janusz Konieczny. Podejście było więc bardziej historyczno-biznesowe niż technologiczne.  Liczyłem, że może spróbuję już BPA uwarzonego przez dori (Dorota Chrapek), ale niestety w browarze dopiero oczekiwano na przesyłkę gęstwy drożdżowej z White Labs w Kalifornii. W browarze nastroje minorowe, cicho, nieco smutno, okazało się, że ostatni miesiąc nie był zbytnio udany, jest sporo piwa na magazynie i browar pracuje na pół gwizdka. Smutno wyglądały puste kadzie fermentacyjne. Podobnie jak z innych ciekawych miejsc z Cieszyna również przygotuję osobną relację.

Bracki Browar Zamkowy w Cieszynie

Z racji, że ominęło nas zwiedzanie Warki, a przede wszystkim podróż z Warki do Cieszyna, więc zaoszczędzony czas postanowiliśmy wykorzystać na odwiedziny w jednym lub więcej czeskich minibrowarach, których na Śląsku jest sporo. Wyruszyliśmy w kierunku Štramberku. Na moją sugestię zatrzymaliśmy się w Vojkovicach w browarze Koníček. Wybór był słuszny po pierwsze piwa były bardzo dobre, szczególnie specjalna 16-tka uwarzona na święto św. Wacława patrona Czech i czeskich piwowarów. Po drugie zapytaliśmy, czy aby nie można zobaczyć browaru. Jak się okazało sladek Mojmir Velky właśnie warzył piwo. Powiem tak, Koníček był jednym z tych browarów, który wywarł na mnie największe wrażenie. Zdecydowanie zasługuje na osobną relację.

Mural na ścianie warzelni minibrowaru Koníček

Ponieważ u Koníčka solidnie się zasiedzieliśmy, stwierdziliśmy, że odpuszczamy Štramberk i wybierzemy się do najbliższego browaru. Wybór padł na Hukvaldy. Tutaj klimat był mocno hardcorowy. W powietrzu można było zawiesić siekierę, od dymu tytoniowego było siwo. Normalnie oczy piekły. W lokalu sami miejscowi, którzy co kilka chwil podchodzili do telewizora z włączoną telegazetą, aby sprawdzić wyniki ligi hokejowej. Piwa były przeciętne, atmosfera ciężka, więc po wypiciu, tego co oferowała hospoda udaliśmy się w podróż powrotną do Cieszyna, tam bowiem w bezpośrednim sąsiedztwie browaru mieliśmy zarezerwowany nocleg.

Piwo Hukvaldske z browaru U zastávky, po prawej stronie tv z telegazetą.

Po powrocie spotkało nas chyba największe rozczarowanie tego wyjazdu. Z racji, że godzina była młoda, więc postanowiliśmy ruszyć w miasto na lane Mastne. Okazało się, że szybko musieliśmy obniżyć poprzeczkę i szukać po prostu lanego Brackiego. Niestety w dwóch kolejnych lokalach od drzwi powitały nas ni to zaskoczone, ni to oburzone oblicza barmanów czy właścicieli i fraza już nie leję. Czary goryczy dopełniło wyjaśnienie jednego z napotkanych Cieszynian, które usłyszał Grzesiek: wie Pan, Ci co piją Brackie, to do tej godziny nie wytrzymują. Po obejściu Rynku, odbiciu się od drzwi kilku lokali padło jedyne sensowne rozwiązanie, idziemy za rzekę. Po przekroczeniu mostu granicznego nasze bystre oczy zauważyły neon browaru Svijany. Co prawda na oknie było napisane, że lokal jest czynny do 22:00, a była 21:50, ale postanowiliśmy zaryzykować. Jak się okazało słusznie, bo obsługa grzecznie wyprosiła nas dopiero o 23:30.

Svijany w Těšínie

Dzień drugi

 

 

 

 

 

Browar Ferdinand w BenešovieBrowar Ferdinand w Benešovie

 

Po pokonaniu ponad 350 km krótko po południu dotarliśmy do Benešova. W mieście tym funkcjonuje browar Ferdinand, z własną słodownią klepiskową. Można więc zobaczyć, jak wyglądała słodownia przed laty. Browar i słodownia zasługują zdecydowanie na osobną, obszerną relację. Dodam jedynie, że browar rozlewa niefiltrowane piwo prosto z tanków do 1,5L PETów, które można zakupić w przybrowarnianym sklepiku. Tak też uczyniliśmy, a degustację przeprowadziliśmy na drewnianej ławeczce przed tymże sklepem. Co do smaku piw z Ferdinanda zdania były podzielone. Mnie one nie zachwyciły, były zdecydowanie zbyt słabo chmielone, i nie mogłem się opędzić od wrażenia DMSu. Być może to efekt słabo zmodyfikowanych słodów, z dużą ilością prekursorów DMS. Także o ile browar i słodownia potrafią zauroczyć, to piwa niekoniecznie. Smutne jest to, że o ile Cieszyn pracuje na pół gwizdka, to Ferdinand na 1/10 gwizdka. W okresie swojej świetności, w latach 90-tych XX wieku warzono ponad 200.000 hl rocznie, obecnie warzy się niewiele ponad 20.000 hl.

Słodownia klepiskowa w Benešovie

Z Benesova udaliśmy się do Pragi, do najstarszego jej browaru, a mianowicie Pivovaru u Fleku. Powstanie tego browaru datuje się na 1499 r. W tym samym miejscu przez pół tysiąclecia warzy się, niemal nieprzerwanie piwo. Coś niebywałego. Oczywiście ten browar był wiele razy modernizowany, bo warzelnia wygląda na co najmniej XIX wieczną, nie zmienia to jednak faktu, że w naszym kraju podobnym przybytkiem pochwalić się nie możemy.

Pivovar u Fleku

Oczywiście prawdą jest, że jest to miejsce mocno zorientowane na turystów. Oczywiście mityczny kelner z tacą becherovki jest irytujący (znaczy początkowo jest zabawny), ale szacunek musi budzić konsekwencja, gdy bez względu na zmieniające się mody, warzy się tylko jeden, ten sam gatunek piwa. Jest to tmava 13-tka. Śmiem jednak twierdzić, że jest to to najlepsze tmave jakie piłem w Czechach. Także pomimo, że byłem negatywnie nastawiony, to u Fleku wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Po zjedzeniu obiadu, szczęśliwym zwiedzeniu warzelni (akurat skończyła zwiedzać jakaś większa grupa i trochę na bezczela wśliznęliśmy się do jeszcze nie zamkniętej warzelni) i wychyleniu kilku kufli flekovskego pojechaliśmy do naszego hotelu, który był zlokalizowany w równie legendarnym miejscu. W XIV wiecznej kamienicy, gdzie znajduje się browar u Medvidku.

Hotel u Medvidku

W pokojach na łóżkach czekał na nas woreczek ze słodem karmelowym oraz bezpłatnym talonem na mały kufelek Oldgotta. Czym prędzej poszliśmy zrealizować kupon i przy okazji obejrzeć warzelnię. Po raz kolejny mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy na chłodzenie brzeczki i to na tacy chłodniczej, która znajdowała się o metr od naszego stolika. Niestety trafiliśmy na wyjątkowo nieuprzejmego kelnera. Nie dość, że miał jakieś obiekcje do mojego kuponu, bo oderwałem tylko część gdzie była mowa o darmowym piwie, a drugą zostawiłem sobie na pamiątkę, to jeszcze zrobił niemałą awanturę, że Piotrek chciał sfotografować jak nalewa piwo z charakterystycznego nalewaka w kształcie kredensu. Pomimo, więc że było w ofercie jakieś nowe piwo (Rogue) to czym prędzej opuściliśmy Niedźwiadka i wybraliśmy się do piwiarni Zly Casy.

Piwnica "Zlý Časy"

A tam orgia smaków – 24 krany, ponad 100 piw butelkowych, w tym amerykańskie. Lokal niestety naładowany do granic, także piliśmy na stojąco w okolicy baru, co znowu ściągnęło na nas niezadowolenie obsługi. Z racji, że nie ulegam konwenansom, to w czeskiej piwiarni zdecydowałem się na Trashy Blonde ze szkockiego Brew Doga. To Ci goście od piw z kilkudziesięcioprocentową zawartością alkoholu, które opakowali w martwe wiewiórki. Potem poszły dwa mocarne piwa z amerykańskiego browaru Saranac, czyli Imperial Pale Ale i Imperial Stout. Oba wyśmienite. Ponieważ zmęczyło nas już stanie, a chcieliśmy jeszcze odwiedzić Novoměstský Pivovar to opuściliśmy ten piwny raj, na odchodnym robiąc zakupy w przyknajpianym sklepie. Niestety, a może na szczęście 😉 nie honorowano kart płatniczych, bo chyba bym się spłukał.

Novoměstský Pivovar

Novoměstský Pivovar, to pierwszy browar restauracyjny w Pradze otwarty po ’89 roku. Skojarzenia z wrocławskim Spiżem nasuwały się same. Od początku więc byłem do niego nieco uprzedzony. Także w tym browarze spotkała nas przyjemność oglądania sladka przy pracy. Browar ma fenomenalne wnętrza, długie korytarze, które prowadzą nie wiadomo dokąd, taras. Niestety piwa były totalnie bezpłciowe, z niską goryczką, co najwyżej poprawne. Także moje uprzedzenia znalazły potwierdzenie w rzeczywistości. Z racji, że nazajutrz mieliśmy wyruszyć o brzasku, więc mimo, że było jeszcze przed północą wróciliśmy do hotelu.

Dzień trzeci

 

Paulaner


Rano okazało się, że wszyscy wykazali się samodyscypliną i hartem ducha i punkt siódma byliśmy w samochodzie. Przed nami było wiele kilometrów do przejechania, bo na 13-tą mieliśmy umówione zwiedzanie monachijskiego Paulanera. Znowu muszę przyznać, że miałem wyrobiony raczej negatywny obraz tego browaru. Ot, wielki moloch jakich wiele. Tymczasem okazało się, że jednak jest sporo różnic pomiędzy Paulanerem, a choćby Żywcem, o Lechu czy Warce nie wspominając. Przed samym zwiedzeniem w firmowym lokalu wychyliliśmy po szklance Nockherbergera – kellerbiera, warzonego w Paulanerze, którego można napić się tylko w tej piwiarni. Jeżeli chodzi o sam browar, to zostaliśmy potraktowani naprawdę priorytetowo, bo oprowadzał nas główny piwowar, czyli Martin Zuber. Ten sam, który półtorej roku temu sędziował doppelbocka i roggena na żywieckim KPD. Paulaner okazał się o wiele bardziej interesujący niż mogłem podejrzewać, ale to temat na osobną relację. Ponieważ gościnność Martina była wielka, więc wypadliśmy nieco z harmonogramu.

Augustiner-Bräu

No ale Augustinera, najstarszego browaru w Monachium, nie mogliśmy opuścić. Wpadliśmy tylko na jedno, ale w momencie gdy windą za barem wjechała beczka z hellesem, którą barman na naszych oczach odszpuntował, to emocje wzięły górę i zamówiliśmy po jeszcze jednym aus diesem Fass. 😉 Wypić trzeba było właściwie w biegu, choć w międzyczasie z tarasu jeszcze można było rzucić okiem na dziedziniec browaru. Niestety wyjeżdżając ze stolicy Bawarii wpakowaliśmy się w popołudniowy Stau i nasza sytuacja jeszcze się pogorszyła. Na szczęście do hotelu Am Breuerei Dreieck zdążyliśmy na czas aby się zameldować. Po zrzuceniu bagaży ruszyliśmy prosto do Schlenkerli na kolację. A tam jakieś totalne szaleństwo. Takie tłumy, że o jedzeniu nie było mowy. Pomyśleliśmy, że wypijemy po jednym Rauchbierze w korytarzu i wracamy do Mahrsa. Okazało się jednak, że w okienku nie podadzą nam piwa. Skierowano nas do pobliskiej bramy z informacją, że tam nam poleją piwo. Kiedy przekroczyliśmy bramę, zwykle zamkniętą, naszym oczom ukazał się dziedziniec szczelnie wypełniony ludźmi. Nie wiem ile tam było ludzi. Tysiąc, dwa tysiące? W każdym bądź razie od bramy do parasola gdzie polewano piwo, jakieś 100m przedzieraliśmy się dobre 5 minut. Gdy wreszcie dotarliśmy okazało się, że leją z beczek z wkręcanym kranem tylko jeden rodzaj piwa. Urbocka. 😀 No tak teraz wszystko jasne pomyślałem – trafiliśmy na pierwsze odszpuntowanie Urbocka.

Tłumy na święcie Urbocka w Schlenkerli

Warto zapamiętać, zawsze w pierwszy czwartek października w Schlenkerli jest święto koźlaka. Okazuje się, że inne bamberskie browary również celebrują dzień rozpoczęcia wyszynku swojego bocka. Nazajutrz miało to mieć miejsce w Keessmannie, a tydzień później w Mahrs Brau. Wszystko fajnie, piwo smaczne, ale byliśmy głodni, a kolejny Urbock na pusty żołądek nie wydawał się najlepszym rozwiązaniem. Okazało się, że o dosłownie kilka kroków od Schlenkerli była knajpa, w której polewano piwa z Mahrs Brau, Schlenkerli, a kelnerką była Polka. Postanowiliśmy wykorzystać chyba ostatnią w tym roku okazję, żeby zjeść i wypić piwo w ogródku. Tam też zaczepił nas jakiś mężczyzna. Kiedy zobaczył Ziemka w czerwonym polarze Weyermanna, który chyba podziałał na niego jak płachta na byka ;), zagadnął nas skąd jesteśmy. Kiedy powiedzieliśmy, że jesteśmy piwowarami domowymi z Polski, odparł że słodownia Steinbach robi lepsze słody dla piwowarów domowych i w dodatku tańsze. Po chwili Stephen, bo tak się nam przedstawił, powiedział, że jest piwowarem w Mahrs Brau i jeśli tylko chcemy to zaprasza nas tam na jutro w celu spróbowania jego Bocka, który premierę będzie miał za tydzień. Powiedzieliśmy, że bardzo chcieliśmy zwiedzić Mahrs Brau, ale telefonicznie odmówiono, wymawiając się tym, że zwiedzanie jest jedynie w soboty. Stephen zapewnił nas, że jeśli jutro przyjdziemy, to sam nam pokaże browar. Przyjęliśmy te zapewnienia z pewnym niedowierzaniem, bo nie wiedzieliśmy, czy aby nie mamy do czynienia z jakimś mitomanem, no i biorąc pod uwagę, że dopiero wybierał się on na degustację Urbocka, czy w ogóle jutro będzie w pracy. 😀

Dzień czwarty i ostatni, ale za to jaki

Mahrs Bräu w Bambergu

Z samego rana chłopaki pojechali odszukać browar, gdzie warzy się Schlenkerlę, ja niestety wstałem o kilkanaście minut za późno. O dziewiątej rano stawiliśmy się w Mahrs Brau i zapytaliśmy o Stephena. Po kilkunastu minutach oczekiwania pojawił się, choć na nasz widok miał minę nietęgą. 😉 Z każdą jednak chwilą, gdy widział nasz entuzjazm i nomen omen profesjonalizm, coraz bardziej się rozkręcał. Po tradycyjnej wymianie piw i pokazaniu sobie nawzajem „swoich” piw w książce 1001 beer, you have to try before you die zaprosiliśmy go w imieniu PSPD do sędziowania na KPD w Żywcu. Na sam koniec padło jeszcze pytanie o nazwisko. Uśmiechnął się i powiedział Stephen Michel, ten Michel. Czwarte pokolenie właścicieli Mahrs Brau. No i fartem znowu mieliśmy vipowskie zwiedzanie.

Słodownia Weyermann

Po fascynującej wycieczce czekało na nas zwiedzanie w Weyermannie, a właściwie czekaliśmy na zwiedzanie. Po jakichś 20 minutach pojawił się Andreas Richter, dyrektor ds. jakości słodowni Weyermann, również juror z KPD w Żywcu. Niestety zabroniono nam robienia zdjęć wewnątrz słodowni. Szkoda. Fajnie było porównać współczesną słodownię z tą historyczną. Nota bene Weyermann jest głównym odbiorcą słodu z Benesova, który sprzedaje za ciężkie pieniądze, jako słód ze słodowni klepiskowej. Mimo całego sentymentu jednak bardziej podoba mi się słodownia Weyermanna, albo inaczej – wolę pracować na nowoczesnych słodach.

Drei Kronnen w Memmelsdorf

Z racji opóźnienia musieliśmy podziękować za lunch. Czym prędzej ruszyliśmy do Mammelsdorfu do browaru Drei Kronnen, na wędzoną Stofflę. Tam zjedliśmy obiad (wybrałem karpia specjalność zakładu), wypiliśmy piwo i pojechaliśmy do browaru Drei Kronnen w Scheßlitz, po drodze mijając browar Drei Kronnen w jakiejś wiosce. 😉 Taką tam mają modę, na te Trzy Korony, podobno związane jest to z trzema królami.

Drei Kronen w Scheßlitz

W Scheßlitz lokal Drei Kronnen okazał się zamknięty, krzesła podniesione na stołach. Co jest, przecież mieliśmy umówione zwiedzanie? No nic, idziemy na podwórze. Tam spotkaliśmy właściciela i piwowara w jednej osobie. Na szczęście kojarzył, że jakaś grupa chciała zwiedzać browar. A jest on naprawdę niesamowity. Patrząc na budynek browaru, restauracji i dodatkowo mieszkalny zastanawiać się można gdzie to wszystko się mieści. No mieści się, ale normy budowlane, p/poż, sanepid to złamane są wszystkie możliwe. 😉 W Polsce by to nie przeszło, a w Niemczech z racji, że browar nie zatrudnia pracowników i sam wszystko robi właściciel to nikomu nic do tego. U nas norma jest norma i nie ma zmiłuj. Obok Konička największa niespodzianka i największy podziw budzący browar.

Muzeum Bednarstwa i Browarnictwa Braci Maisel w Bayeruth

Następnym punktem programu było muzeum w starym browarze Maisel w Bayeruth. No muzeum, jak muzeum pomyślałem, Ludzie, to nie jest jakieś tam muzeum. To jest coś wspaniałego. Browar, który ze względu na sukces pszeniczniaków z browaru Maisel, został zamknięty i przekształcony w muzeum. Zaraz zaraz, sukces a browar został zamkniety? Chyba coś kopyr kręcicie. Nie, okazało się, że produkcja tak się rozwijała, że wybudowano większy i nowocześniejszy browar, a stary zamiast wyburzyć pod developerkę, sprzedać na części, zamienić w lofty postanowiono przekształcić w żywe muzeum. Żywe, bo wg słów przewodnika po 4-tygodniowym okresie przygotowawczo-konserwacyjnym browar mógłby ruszyć. Jak zauważył Marek, ten browar wygląda jak stary zabytkowy Mercedes, wypieszczony, wypolerowany przez właściciela.

Bayerischer Bahnhof Gosebrauerei

Z Bayeruth postanowiliśmy nadłożyć drogi i zamiast na Drezno, skierować się do Lipska. Na Gose – unikalny styl piwa pszenicznego, warzonego z kolendrą i… solą. Na pomysł spróbowania tego piwa wpadliśmy niezależnie – Grzesiek jako organizator wymyślił to jako dodatkową atrakcję, a ja chciałem go prosić o odbicie właśnie w tym kierunku, żeby chociaż spróbować kupić Gose w jakimś Getranku. Do ostatniej chwili wizyta w Bayerischer Banhof Gosebrauerei w Lipsku wisiała na włosku, a to wszystko za sprawą wypadku na Autobahnie. Na szczęście pomimo godzinnego opóźnienia dotarliśmy do browaru zlokalizowanego w zabudowaniach dworca kolejowego. Browar robi niesamowite wrażenie. Wnętrza są po prostu cudne, dość powiedzieć, że żaden restauracyjny browar w Polsce nie może się z nim mierzyć. Staranne wykończenie, olbrzymia ilość sal, całkiem sporo ludzi i 0,5L Gose, unikatowego piwa za 2,9 euro. Przy obecnym kursie w cenie zwykłego jasnego np. w warszawskiej Bierhalle czy Browarmii. Szok. Samo Gose, wbrew obawom bardzo pijalne, na pierwszy niuch bardzo przypomina witbiera (pewnie ze względu na kolendrę). Soli tak od razu nie czuć. Dopiero z zatkanym nosem można wyczuć, choć raczej na czoło wybija się smak kwaśny. Potwierdzam jednak, że po Gose bardzo chce się pić. W wielu lokalach gastronomicznych świadomie przesala się potrawy, raz że klientom to smakuje, a dwa, że wtedy schodzi więcej napojów, w tym piwa. W przypadku Gose, mamy samonapędzający się biznes. 😛 Każde kolejne wypite, wzmaga chęć wypicia kolejnego. Na sam koniec zakupiłem jeszcze ozdobną butelkę 0,75 l. i firmowe szkło w cenie 4 euro.

Fanty z podróży

Wyprawa była świetna. Trochę szkoda, że tylko 4 dni i np. Monachium trzeba było zwiedzać w biegu. Na frankońskie wioski też warto by poświęcić więcej czasu. W samej Pradze jest 12 browarów, a my zobaczyliśmy tylko 3. Prawda jest jednak taka, że ta wyprawa była bardzo intensywna i wyczerpująca, po powrocie jakoś nie miałem wielkiej ochoty na piwo. 😀 Wielkie dzięki składam organizatorom, bo choć nie było to zapowiadane 10 dni i był to zaledwie wycinek piwnej Europy, to nie sądziłem, że może być to tak ciekawy i przyjemny wyjazd. Dziękuję moim współtowarzyszom podróży, Grześkowi Zwierzynie, Markowi Semli, Ziemkowi Fałatowi, Piotrkowi Gilarskiemu i Jackowi Domagalskiemu. Bez Was, ta impreza nie byłaby nawet w połowie tak udana jak była. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkamy się razem na piwnym szlaku.

PS: już niedługo relacja z wizyty w Warce, która wbrew pozorom była bardzo ciekawa. Oprócz tego pojawią się osobne relacje z browarów, które odwiedziliśmy, z degustacji piw, które przywiozłem. No i cały czas jeszcze czekają do opisania lokale Brukseli i browar Cantillon.

14 KOMENTARZE

  1. No gratuluję tak niezwykłej wycieczki.
    Przeżyłem może 20% z tego co pisałeś i wiem że ekipa musi być.
    Ciesze się że przetrwaliście, a swoją drogą ile piw wypiłeś?

    • Wiesz no nie liczyliśmy. 😀 Tzn. postaraliśmy się policzyć ile różnych piw w sumie wszyscy spróbowaliśmy, to wyszło, że ponad 50 ale to chyba było w przedostatni dzień wyjazdu. Dużo piw poszło po pół albo na 3 szklanki (szczególnie w samochodzie). Generalnie różnych piw dziennie było chyba ok. 10-12, ale niektóre z prosto z tanku to były w mniejszych ilościach.

    • Aż poszedłem do piwnicy po piwo aby poczytać 🙂 Pieron, liczyliśmy w drodze powrotnej, ok. 50 różnych. Nie liczyliśmy podwójnych no i niektóre były małe, niektóre próbki w browarach.

  2. Bardzo mnie zainteresował wątek słodów i słodowni.
    Dlaczego Weyerman ma złe notowania w Bambergu?
    Czy ten słód klepiskowy z Benesova to Bohemian Pils?

    • No właśnie do końca nie wiadomo czy Weyermann ma złe notowania w Bambergu, czy tylko w Mahrs Brau. W Weyermannie, gdy zwiedzaliśmy browar (to nie pomyłka mają tam browar) przyszedł Thomas Weyermann. Ziemek wspomniał mu, że jestem wielkim miłośnikiem Mahrs Brau, ale byłem rozczarowany trochę ich piwem. Powiedziałem, że helles miał sporo diacetylu, na co usłyszałem: “to dobrze, że nie był kwaśny”. Ja na to “a zdarza się”. TW: “o tak, bardzo często”.
      Także wygląda mi to na jakąś kosę między rodami, zastanawialiśmy się czy to bieżąca sprawa, czy ciągnie się od pokoleń. 😉

      A ten słód z Benesova, to nie jest Bohemian Pils. Ziemek żartował, że dla Ciebie chyba będzie trzeba specjalnie sprowadzić ten benesovski. 😉

  3. Mnie też bardzo zaskoczył Paulaner. Zaraz po wyjściu z samochodu widząc wartki nurt kanału i pływające tam śmieci żartowaliśmy, że stąd biorą wodę do warzenia 🙂 Jak się później okazało jest to kanał, który napędzał poprzez turbinę wodną maszynę Lindego z 1881r do produkcji zimna. Firma Linde istnieje do dziś i jest obecna w Polsce. Drugie, zwiedzając browar w Cieszynie musieliśmy mieć na głowach kaski. W Paulanerze dali nam tylko koszulki odblaskowe. Po Paulanerze przewalały się tłumy, otworzenie dla turystów Cieszyna jest jednym wielkim problemem. Na warzelnie w Żywcu wstęp był wzbroniony, tu mogliśmy się poprzytulać do ciepłych kadzi i wszędzie zaglądać.

    Konicek wymaga osobnego wpisu. Czasami takie wycieczki dołują i uświadamiają w jak głupim kraju żyjemy.

    Drei Kronen, gdybym był urzędasem zamknąłbym odrazu 😀 A warzą rewelacyjnego Weizenbocka, którego dziś opisałem na bizie.

    • Jak się okazało w Warce, te kaski to pomysł Grześka Zwierzyny i chłyt marketingowy. 😀 Ludzie lubią takie klimaty. Zresztą w Warce był inny bajer, bo nas ubrali w fartuchy. Nie powiem po tym jak się uświniłem w Cieszynie, to nie był taki głupi pomysł. Choć w Warce to za bardzo nie ma się gdzie ubrudzić. 😉

  4. Dzięki! Rewelacyjna wycieczka i bardzo ciekawa lektura, choć odczuwam spory niedosyt – tempo czytania koresponduje z ekspresem zwiedzania. 🙂 Pozdrawiam.

Dodaj komentarz