Butelki (teoretycznie) zwrotne

czyli dlaczego oddawanie butelek nie jest sexy?

Każdy miłośnik piwa w Polsce prędzej czy później stanie twarzą w twarz z opresją systemu opakowań zwrotnych. Z taką etykietą nie przyjmujemy, bez paragonu nie przyjmujemy, bez etykiety nie przyjmujemy… itd. itp. Pamiętam, w schyłkowym PRL-u i na początku transformacji zwrotne były butelki od piwa, wina, wódki, wody mineralnej, oranżady, coca-coli i pepsi, a nawet mleka i śmietany. Na początku lat 90-tych Coca-Cola wprowadziła u nas butelki 1,5L z twardego plastiku, które również były wielorazowego użytku. Zostały z tego całego systemu jedynie butelki od piwa. Promil rynku stanowią napoje firm Coca-Cola i Pepsi, które jednak przeznaczone są do gastronomii, więc klient detaliczny nie ma z nimi styczności. Zapewne gdzieniegdzie można też trafić oranżadę lub mineralkę w but. 0,33L z jakiejś małej rozlewni i może jakieś niszowe jabole dla smakoszy. W powszechnej świadomości już tylko butelka od piwa funkcjonuje jako zwrotna, a i to moim zdaniem w ciągu najbliższych kilku lat się zmieni. Dlaczego tak się dzieje, kto za tym wszystkim stoi i komu na tym zależy?

Pierwszym z kim styka się klient chcący oddać butelkę zwrotną jest ekspedientka przy kasie, pracownik w punkcie obsługi klienta w markecie, rzadziej automat. Ten ostatni wcale nie jest bardziej wyrozumiały. Butelka bez kontretykiety – ERROR, butelka z etykietą jakiej nie ma w ofercie sklepu – ERROR, czasem bez powodu – ERROR. Repertuar odpowiedzi człowieka jest bardziej rozbudowany, ale sprowadza się do tego samego.

Dlaczego te kasjerki są takie wredne, przecież przechodzą szkolenia na których kierownicy wbijają im do głów, że Klient jest Twoim pracodawcą i może Cię z tej pracy zwolnić, gdy przestanie przychodzić na zakupy. Czy one nie mają instynktu samozachowawczego? Zresztą kierownicy nie są lepsi – jeden dla świętego spokoju przyjmie te butelki (choćby i tak miały wylądować w kuble), inny będzie się upierał, że bez paragonu nie przyjmujemy. Polskie prawo nakłada na detalistów obowiązek przyjmowania opakowań zwrotnych od produktów, które mają w ofercie, ale już wypłata kaucji jest umową zawartą pomiędzy sklepem a klientem – a dowodem jej zawarcia jest paragon. Wobec czego i kasjerka i kierownik są w prawie, bo przyjąć to ja owszem mogę, ale kaucji bez paragonu Panu nie wypłacimy. Tylko, po co utrudniać klientom życie, skoro i tak do hurtowni te butelki można oddać. Sęk w tym, że obrót opakowaniami zwrotnymi skomplikowano do granic absurdu.

Winny nr 1: ustawodawca

Pierwszym winnym jest ustawodawca. Jak wiadomo dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Wymyślono sobie, że to sklepikarze są winni temu, że przeciętny Polak ma problem z oddaniem butelek. Wprowadzono więc obowiązek przyjmowania opakowań, obowiązek posiadania w ofercie produktów zarówno w opakowaniu zwrotnym i bezzwrotnym (nota bene największy detalista w Polsce, czyli Biedronka nic sobie z tego nie robi i po prostu nie prowadzi sprzedaży piwa w opakowaniach zwrotnych) i dodatkowy bat w postaci kuriozalnego obłożenia butelek podatkiem VAT. Wszędzie na świecie (no dobra nie wiem czy wszędzie, ale na pewno u naszych zachodnich i południowych sąsiadów) opakowania są zwolnione z podatku VAT. U nas też, ale tylko do 60-ciu dni od daty wydania opakowania. Ktoś sobie wymyślił, że jeśli klient->sklep->hurtownik nie zwraca opakowania w ciągu 60 dni, to znaczy, że je kupił. Skoro tak, to niech płaci VAT. Tylko że to jest nie do rozliczenia tak, żeby było prawidłowo, bo w momencie sprzedaży nie wiadomo czy klient ma zamiar oddać butelkę w ciągu 60-ciu dni, czy zechce ją zatrzymać. Nie wiadomo więc czy wydać mu butelkę za kaucją bez VAT, czy sprzedać z VATem. Niektóre duże sieci handlowe z automatu „sprzedają” klientom butelki i dlatego przy zwrocie otrzymujecie do podpisania dokument/paragon fiskalny, który potwierdza fakt, że te pieniądze otrzymaliście, bo tylko wtedy przedsiębiorca może otrzymać zwrot zapłaconego podatku. Pomyślcie, jakie to generuje koszty.

Od lewej: butelka Euro (do spotkania w Niemczech, szczególnie w Górnej Frankonii, kiedyś ponad 90% rynku w Polsce), NRW (powszechna w Niemczech i Czechach), Steine (często spotykana w Belgii, nadal występuje w Polsce).

Winny nr 2: koncerny piwowarskie

Drugim winnym są koncerny piwowarskie, które po pierwsze przez lata promowały puszkę, bo lżejsza, a wiec na jednego trucka zmieścimy więcej hektolitrów piwa konfekcjonowanego w blachę, niż w szkło; bo nie trzeba jej myć; bo wreszcie można wmówić ludziom, że to bardziej trendy, bardziej po zachodniemu itd. Po drugie wymieniły obowiązujące powszechnie 2 typy butelek: półlitrowa EURO i 0,33L Steine (tzw. bączek) na kilka różnych typów „swoich” butelek. Co więcej w ostatnich dwóch latach nastąpił istny wysyp nowych wzorów butelek. I tak lider rynku Kompania Piwowarska ma obecnie w użyciu 4 typy butelek zwrotnych:

  • butelka brązowa bez zdobień (Tyskie Gronie, Żubr, Dębowe, Wojak, Lech Pils),
  • butelka brązowa ze zdobieniami (Tyskie Klasyczne, Książęce),
  • butelka zielona bez zdobień (Redds, Gingers),
  • butelka zielona ze zdobieniami i antypoślizgowymi wypustkami (Lech Premium).

Grupa Żywiec ma 2 rodzaje (ŻGB zwykła i zdobiona dla Żywca), Carslberg miał dwa typy, ale chyba wycofał się z wysokiej butelki z długą szyjką, w którą lano Bosmana. Daje nam to 7 różnych typów butelek, często niewiele się od siebie różniących, które występują praktycznie w każdym sklepie. Hurtownie żądają od sklepów, aby butelki były posegregowane, a wiec każdy typ ma przypisany swój transporter i tylko w takim jest przyjmowany. Wiecie ile czasu musi poświęcić ktoś w sklepie, żeby posegregować te 7 typów butelek do odpowiednich transporterów?

Butelki zwrotne spotykane w zdecydowanej większości sklepów. Od lewej: cztery pierwsze to Kompania Piwowarska, dwie kolejne to Grupa Żywiec, ostatnia to butelka Carlsberg Polska.

Dodatkowo sprawę komplikują mali producenci. Swoją, unikalną butelkę zwrotną ma np. Namysłów, Van Pur używa wysokiej butelki, takiej jak kiedyś Bosman, różne modele wprowadzał też browar Fortuna, no i jest wspólny dla browarów regionalnych wzór butelki Amber. Do tego wszystkiego w Polsce dość mocno obecne są piwa czeskie. Naszych braci z południa też nie ominęło szaleństwo zmiany tego co dobre (butelka NRW), na to co nowoczesniejsze, bardziej trendy itd. Choć trzeba przyznać, że w Czechach NRW ma nadal spory udział w rynku, podobnie w Niemczech. Do tego wszystkiego funkcjonują jeszcze butelki bezzwrotne łudząco podobne do tych zwrotnych, mamy więc lżejszą cienkościenną NRW, niższy Amber, który nazywa się Piknik, bezzwrotne bączki, podobne do Steine. Jako piwny freak potrafię te butelki rozróżnić, ale ekspedientka w sklepie nie ma szans. Dlatego zdarza jej się przyjąć butelkę bezzwrotną i wypłacić kaucję. Za to spotykają ją nieprzyjemności, bo dla sklepu to ewidentna strata. Nie jest wiec dziwne, że przyjmuje zasadę „tylko takie butelki jakie mamy w sprzedaży”.

Winny nr 3: społeczeństwo

Zastanówcie się przez chwilę, kto w Polsce oddaje butelki w sklepie. Z moich obserwacji wynika, że po pierwsze żule, czy mówiąc bardziej eufemistycznie heavy userzy. Po drugie zbieracze, to są grupy przenikające się, ale trzeba przyznać, że część ze zbieraczy wcale nie jest alkoholikami, tylko po prostu nie mają kasy, a tu pieniądze leżą na ulicy. Po trzecie studenci i młodzież, choć nie cała. No i niewielka część tzw. normalsów. Zamknijcie teraz oczy i wyobraźcie sobie przedstawiciela klasy średniej, który wysiada ze swojego passata, rav4 albo mondeo i pobrzękując taszczy do sklepu reklamówkę pustych butelek. Albo Matkę Polkę, która idzie na zakupy z dzieckiem w wózku, a w koszyku pod wózkiem pobrzękują butelki. Wyobraźcie sobie profesora uniwersytetu, który wykłóca się przy kasie o kaucję za butelki.

W Polsce oddawanie butelek to jest obciach. Butelki zwrotne nie są sexy. W przeciwieństwie do takich nakrętek z PETów. Jeśli macie dziecko w szkole lub przedszkolu, to na pewno spotkaliście się ze zbieraniem nakrętek. O co tu chodzi? Na początku myślałem, że chodzi o akcję dobroczynną, że jakaś firma przekazuje kasę, za odpowiednią ilość nakrętek z ich wody/napojów. Tymczasem tu chodzi o najzwyklejszy w świecie surowiec wtórny. Plastik z którego wykonano nakrętkę, jest droższy niż ten, z którego zrobiono butelkę. Opłaca się go oddzielić. W sortowni ktoś to musi zrobić, co kosztuje. Tymczasem można namówić ludzi, żeby zrobili to sami w domu. To jest sexy, bo to ekologia, recykling,a czasem dobroczynność. Butelki po piwie to jest obciach. Wyobrażacie sobie, że w ramach akcji dobroczynnej dzieci do przedszkola przynoszą butelki po piwie. A przecież jedna butelka kosztuje tyle, co kilogram nakrętek.

Zacznijmy się więc powoli oswajać z myślą, że butelki zwrotne prędzej czy później znikną z naszych sklepów. Tak jak zniknęły butelki od wódki, mleka czy wody mineralnej. Ewentualnie będziemy żyć w coraz większej fikcji, gdzie 80% butelek nie będzie wracało, a klient kupując piwo od razu będzie sobie doliczał w głowie cenę butelki do ceny piwa i traktował ją jak bezzwrotną. Co już się zresztą dzieje. No chyba, że Bruksela wymusi wprowadzenie jakiegoś bardziej restrykcyjnego systemu. Jednak czego by nie wymyślono, to nie zmieni to postawy społeczeństwa. Potrzebne byłyby długie i kosztowne kampanie społeczne namawiające do oddawania butelek. Tylko komu na tym zależy?

PS: okazuje się, że koncerny dostrzegają problem. O tym jak KP prowadzi kompanię społeczną promującą butelkę zwrotną można przeczytać w kolejnym odcinku butelek (teoretycznie) zwrotnych.