Po co nam piwne style?

10
179

Przedstawiam felieton, który ukazał się w zerowym numerze Piwowara. Kto miał przeczytać, to już przeczytał. Czas na tych, którzy do Piwowara nie mieli dostępu. Przypominam, że nr 0 jest dostępny za darmo online. Nr 1. będzie już rozprowadzany za odpłatnością, oczywiście nie dotyczy to członków PSPD, którzy prenumeratę Piwowara mają w pakiecie członkowskim. Zachęcam do lektury i komentowania.

Słynna, kontrowersyjna fotka 😉

Po co nam piwne style?

No właśnie po co? Kilka miesięcy temu przy okazji premiery piwa Cornelius Ale Ale, na forum browar.biz rozpętała się burzliwa dyskusja na temat tego, czym jest to piwo. Czy jest to odważny eksperyment, hybryda stylowa, czy po prostu nieudany pale ale. Ja upierałem się, że nuty goździkowe w piwie, które jednoznacznie zaklasyfikowałem jako wyspiarskie ale, są ewidentną wadą, wynikającą najpewniej z zakażenia piwa szczepem drożdży dedykowanym dla piw pszenicznych. Marusia stała twardo na stanowisku, że jest to po prostu piwo górnej fermentacji, bez możliwości przypisania do konkretnego stylu. Co więcej, wg niej był to świadomy wybór piwowara, żeby nuty fenolowe połączyć z ziołową goryczką. Rozległy się całkiem liczne głosy, że style piwa, to terror narzucony nam przez BJCP. Po co się w ogóle tym przejmować, przecież ograniczają one kreatywność piwowara i gdyby wszyscy tak podchodzili do sprawy, to świat (piwny) stałby w miejscu.

No to jest trochę tak jak z lekturami w szkole. Po co nam Biblia, Szekspir, Kochanowski i Mickiewicz? Ano po to, że nie mając tego fundamentu nie jesteśmy w stanie zrozumieć współczesnej literatury europejskiej, Podobnie bez znajomości stylów piwa nie będziemy mogli doskonalić naszego piwowarskiego warsztatu, nie będziemy wiedzieli dlaczego aromat goździka w piwie pszenicznym jest pożądany, a w bitterze czy pilsie jest po prostu wadą. Dlaczego surowce niesłodowe takie jak cukier, palony jęczmień czy niesłodowana pszenica raz są niezbędne, a innym razem świadczą o niepotrzebnych oszczędnościach.

Skąd w ogóle pojęcie stylu się wzięło? Najprawdopodobniej zawdzięczamy je Michaelowi Jacksonowi (tutaj mała dygresja, o tym czy jesteś już piwowarem z krwi i kości świadczy pierwsze skojarzenie, jakie masz gdy usłyszysz nazwisko Michael Jackson. Jeśli widzisz króla popu, to jeszcze wiele przed Tobą. Co innego gdy oczyma wyobraźni widzisz brodatego Anglika w okularach). Zaryzykuję tezę, że w przypadku zdecydowanej większości stylów w momencie, kiedy święciły one swoje tryumfy były one dominującą postacią piwa na danym terenie i w danym historycznym okresie. Oczywiście dzieliły się one na tańsze i droższe, a wiec gorsze i lepsze. Z reguły ten podział był silnie skorelowany z gęstością brzeczki. Droższe, lepsze, bardziej ekskluzywne były piwa mocniejsze, treściwsze, po prostu większe. Sytuacja z jaką mamy do czynienia obecnie, gdy na świecie warzy się piwa w kilkudziesięciu stylach, jest ewenementem. W przeszłości nigdy nie miała ona miejsca. A już na pewno nie można było kilkudziesięciu różnych piw kupić w jednym sklepie.

Skąd się w ogóle biorą nowe style piwa? Czasami z przypadku, zwykle zaś z postępu technologicznego lub sukcesu jednego konkretnego piwa. W ten pierwszy sposób powstały najprawdopodobniej rauchbier, eisbock czy lambik. Zasługą postępu technologicznego jest obecna dominacja jasnego lagera. Zaś jeśli chodzi o pioniera i jego następców, to wystarczy wymienić takie piwa jak Pilsner Urquell czy Duvel, które znalazły rzesze naśladowców.

Czy taka klasyfikacja jest nam w ogóle potrzebna, czy nie wystarczy podział na piwa smaczne i niesmaczne. A czy można stwierdzić co jest smaczniejsze – sorbet truskawkowy, czy ser pleśniowy?

Wróćmy jednak do tytułowego pytania. Otóż nie bez kozery młodzi adepci sztuki kulinarnej uczą się wykonywania dań wg przepisu. Zanim zaczną tworzyć własne kompozycje muszą mieć w małym palcu właściwie całą wiedzę, pozostawioną przez wieki przez znakomitych szefów kuchni, jak i pokolenia wiejskich kucharek. Bez tego ani rusz. Oczywiście można sobie wyobrazić filety śledziowe w sosie serowo-truskawkowym, ale na takie wariacje może sobie pozwolić Gordon Ramsey, czy Karol Okrasa, a nie szef kuchni w Wiejskiej Karczmie przy „gierkówce”. Warto więc wysilić się i spróbować warzyć piwa stylowe, a z czasem przyjdzie czas na eksperymenty. Dlatego, że aby móc łamać konwencję, trzeba ją najpierw dogłębnie poznać i zrozumieć.

10 KOMENTARZE

  1. „Oczywiście można sobie wyobrazić filety śledziowe w sosie serowo-truskawkowym, ale na takie wariacje może sobie pozwolić na takie wariacje może sobie pozwolić Gordon Ramsey ” – nie może bo za takie chore połączenia opieprza restauratorów-idiotów z kitchen nightmers (USA i UK).

  2. zgadzam się jak najbardziej z tezą, że najpierw trzeba poznać kanon, by brać się za eksperymenty. mam jeszcze inną analogię – poeta, nawet jeśli tworzy tzw. poezję białą, powinien doskonale znać podstawy tworzenia tradycyjnych form wierszowanych, np. sonetu. inaczej będzie tylko pseudopoetą, który nie rozumie kunsztu starych mistrzów 🙂

    • Dobrze powiedziane, sam podnoszę często ten argument. Wiadomo, że najlepsi giganci malarstwa mają w zwyczaju czasem kopiować kreska w kreskę obrazy starych mistrzów, dla treningu.

      Ja też nie zdecyduję się na tworzenie własnego piwa, dopóki nie będę umiał zrobić przyzwoitego przykładu każdego stylu.

  3. Podobnie z malarzami.

    Historia mówi, że zanim Picasso zaczął malować swoje bochomazy stworzył wierną kopię obrazu któregoś z klasyków. Pokazał go swojemu mistrzowi, stwierdzając, że potrafi malować więc od teraz będzie malował to co chce.

  4. Ja też uważam że style są nam potrzebne, bo dzięki nim możemy prowadzić merytoryczne dyskusje o piwie. Jak ktoś powie, że piwo X jest wyśmienitym dry stoutem to gdy wiemy co ten styl reprezentuje to łatwiej jest nam odgadnąć co dana osoba chciałą nam przekazać. Poza tym piwa w obrębie jednego stylu mają wiele cech wspólnych, więc po spróbowaniu 2-3 reprezentantów danej dziedziny jesteśmy w stanie określić, że np Weizen to nie to co lubimy najbardziej, natomaist Bock czy Dunkel to piwa bardzo nam odpowiadające i tych określeń będziemy w przyszłości szukali na etykietach. Wracając do Ale Ale z Piotrkowa: jeśli piwowar chciał zrobić coś zupełnie nowego to powinien zaznaczyć to na swoim produkcie, że to piwo hybrydowe, albo pokusić się o stworzenie bezstylowca, coś jak w Brackim Mastnym. W ten sposób uważam, że Browar Sulimar trochę szkodzi piwnemu rynkowi wypuszczajac piwo Ale o etykiecie przypominającej znaczek londyńskiego metra, które defacto smakuje jak weizen. Ktoś kto oczekuje piwa wyspiarskiego gdy sięgnie po tenże produkt będzie rozczarowany. Ktoś kto jest na początku swojej piwnej przygody kupując „Ale Ale” może źle zakorzenić sobie ten styl w głowie i po spróbowaniu kolejnych górniaków może czuć się odrobinę rozbity.

Dodaj komentarz