Moeder Lambic zobaczyć i… zostać

11
88

Place Fontainas 8 w Brukseli, ten adres jako godny odwiedzin podał mi na Profesjonaliach Jeff Evans. Znajduje się tam kawiarnia, którą miłośnik piwa po prostu musi odwiedzić. Nazywa się Moeder Lambic, co można przetłumaczyć jako Matka Lambika czy może Lambików. Rzeczywiście lambika się tam też napijemy, obok kilkudziesięciu innych piw lanych z kija i kilkuset butelkowych. Od razu napiszę, że co do butelkowych nie jestem pewien liczby, bo mnie to w ogóle nie interesowało. Na mnie największe wrażenie wywarło 46 (!) kranów z lanym piwem. Jak naprędce policzyłem, w trakcie naszej wizyty, jedynie 4 nie były używane, ale mogłem się też pomylić. Lokal w tym miejscu istnieje od niedawna, właściwie od początku 2009 roku, oprócz tego jest starsza lokalizacja, podobno bardziej klimatyczna, przy Rue de Savoie 68.  Z racji, że była ona jednak oddalona od centrum, to poprzestaliśmy na nowszej filii. Dodać należy, że znajduje się ona rzut kamieniem od słynnego Manneken Pis. Najbliższa stacja metra to Anneessens, zwana przeze mnie swojsko Ananasem.

Moeder Lambic z zewnątrz

Lokal nie jest zbyt okazały z zewnątrz. Trzy parasole, z czego tylko jeden firmowy i to z dość dyskretnym logo. Dodatkowo z Ananasa jest naprawdę kilka kroków. Z racji, że moje mapy wydrukowane z Google Maps były w dużej skali, omal nie przeszliśmy obok. W środku tym, co przykuwa uwagę jest długi bar z 40 kranami, 4 sekcje po 10 kranów.

Bar, na pierwszym planie sekcja 10 kranów, u góry szkło

Chwila, chwila a miało być 46 kranów z piwem. No i jest. Tylko sześć z nich jest pod ścianą, te stanowią dodatkową atrakcję dla mieszkańca kontynentu, bo są to ręczne pompy (po angielsku handpumps lub beer engine). Są to typowo angielskie urządzenia, polecane przez CAMRA, jako idealne do wyszynku real ales. Zasada działania zbliżona jest do pompy ogrodowej. Piwo pompowane jest z piwnicy za pomocą charakterystycznego pompowania przez barmana. W Moeder Lambic w ten sposób serwowane są piwa fermentacji spontanicznej, a więc gueze, lambiki oraz owocowe krieki.

Pod ścianą widoczne ręczne pompy do piwa (z czarnymi rączkami)

Lokal jak można dowiedzieć się z ich profilu na facebooku jest czynny w piątek i sobotę od 11:00-02:00, w pozostałe dni tygodnia (także  w niedzielę) od 11:00-01:00. Mają swoją stronę internetową, ale wygląda ona jakby ktoś zaczął ją robić i dał sobie po jakimś czasie spokój. Niczego konkretnego się z niej nie dowiemy. Trochę dziwi taka nonszalancja.

Wesoły barman, który entuzjastycznie wskakiwał w kadr.

Za to obsługa jest naprawdę fachowa i przyjazna. Bez problemu po angielsku wyjaśniają np. z jakiego browaru pochodzi dane piwo. Podstawowym językiem jest francuski, po niderlandzku oczywiście również się dogadamy. A i po niemiecku też słyszałem, że z jakimś klientem rozmawiali.

Menu wypisane na tablicy. Z prawej strony piwa gościnne.

Menu jest dość specyficznie skonstruowane, nie zastosowano bowiem podziału na style piwa. Z czym zresztą w Belgii jest niejaki problem, bowiem tam każdy browar jest sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Każdy ma ambicje, aby jego piwo stało się samo jedno wyznacznikiem stylu jak Duvel, czy Orval. Otóż aby nie przerazić laika, czy może początkującego piwosza, saisonami, dubblami, witbierami czy biere blanche, zdecydowano się na opisowe pogrupowanie piw. Przyjęto trzy kryteria: barwę, poziom alkoholu i poziom goryczki. Mamy więc np. piwa jasne, lekkie i  słodkie, lub piwa ciemne, mocne, gorzkie. Dla kogoś, kto, jak ja, jest maniakiem BJCP jest to nieco frustrujące ;), ale tylko na początku.

Łącznie z próbkami od małżonki spróbowałem 18 piw. Ceny zaczynały się od 2,8 €, a kończyły na 5 €. Podstawową pojemnością jest 0,25 L, parę piw było serwowanych w 0,3 L i jeden jedyny niemiecki Zoigl był w półlitrowym kuflu. Ma to ten plus, że można spróbować kilku piw jednego wieczoru i wyjść o własnych siłach z knajpy. Minusem jest szybkie odchudzenie portfela. Wybrałem kilka piw, które szczególnie zwróciły moją uwagę.

Gueze z browaru Cantillon

Gueze z Cantillon. Średniej obfitości piana, ale bardzo drobna, pięknie oblepiająca szkło. Barwa starego złota, wyraźnie mętne. Wysycenie niskie. W zapachu delikatnie octowe, kwaśne, lekko mleczne (bardziej chyba od kwasu mlekowego niż diacetylu), goryczka średnia. Bardzo orzeźwiające i pijalne. Wbrew obawom całkiem smaczne. Zdecydowanie lepsze od gueze z Wambeek, które miałem okazję próbować w Polsce.

Grissette Blanche z browaru St. Feuillien

Grissette Blanche z St. Feuillien. Piana średnioobfita, ale za to gęsta i zbita. Wyraźne zmętnienie, kolor złocisty. W zapachu wyraźna kolendra i słód. W smaku, w przeciwieństwie do innych witbierów, nieco mdłe. Nie jest charakterystycznie kwaśne, za to mocno słodowe, by nie rzec słodkawe, z niewielką goryczką.

Jak wyczytałem u Phila Markowskiego w Farmhouse Ales grissette, to był kiedyś siostrzany dla saisona styl. Z tym, że o ile saison był dedykowany robotnikom rolnym, to grissette było napojem górników. Jednakże to Grissette nie ma nic wspólnego z osobnym stylem, jest to po prostu marka piwa z browaru St. Feulien, z których najbardziej znane są wersje z sokami owocowymi.  W ogóle w Moeder Lambic witbiery były nad wyraz skromnie reprezentowane. Grissette Blanche było piwem gościnnym i przynajmniej z nazwy żadnego innego wita w menu nie uświadczyłem.

Kriek z 3 Fontainen

Kriek z 3 Fontainen. Drugi z pitych tam krieków. Pierwszy był z Cantillon. Ten z 3 Fontainen miał bardzo krótką różową piankę, która znikała w oczach. Po zniknięciu, piwo w tym ładnym kieliszku z wypiaskowana cyfrą 3, niczym nie różniło się od czerwonego wina. No może zmętnieniem. W zapachu delikatnie octowe, z zapachem końskiej derki. Catnillon był tu bardziej przyjazny –  pachniał jak jakiś shake wiśniowy, mlecznie z nutą wiśni i migdałów. W smaku oba wytrawne, bez cienia słodyczy, 3 Fontainen chyba bardziej kwaśny, ale też bardziej winny.

XX Bitter z browaru De Ranke

XX Bitter z De Ranke, właściwie to Extra Extra Bitter. Piwo, które mi najbardziej smakowało ze wszystkich próbowanych w Moeder Lambic. Po prostu genialne, za każdym łykiem zastanawiałem się czy jest sens odstawiać szkło czy od razu wziąć następny. Sprzedawanie tego piwa w pojemności 0,25 L to po prostu sadyzm.  Pianę miało obfitą, trwałą, pięknie oblepiającą szkło. Barwa, to jasne złoto, delikatnie mętne. W zapachu wspaniałe cytrusowe aromaty chmielu Brewers Gold i Hallertau (tak przynajmniej można wyczytać na stronie browaru). Goryczka solidna, choć nie przytłaczająca, mocno owocowe estry. Po prostu genialne piwo, mógłbym je żłopać litrami. 😉

Moeder Lambic nie jest tak popularne jak Delirium Cafe, czy A’la Mort Subite, ale dla kogoś, kto na serio interesuje się piwem, jest to żelazny punkt wizyty w Brukseli. Dodam tylko, że w sumie byliśmy w tym cafe trzykrotnie i spędziliśmy tam najwięcej czasu. Nie ma ono, co prawda, klimatu pozostałych dwóch ikon brukselskich kawiarni, ale ma piwo na pierwszym miejscu. Nie ma tam głośnej muzyki, czy dymu tytoniowego jak w Delirium Cafe, nie ma tłumu turystów jak w A’la Mort Subite, są za to idealne warunki do degustowania piwa. Jest jasno, w miarę cicho i nie śmierdzi ani jedzeniem, ani fajkami. Gorąco polecam.

11 KOMENTARZE

    • Hopus to wg mnie jest ściema. Piłem to piwo trzy razy i nigdy nie powaliło mnie ani goryczką, ani aromatem chmielowym. Flensburger już jest konkretnie gorzki, ale jest to goryczka jednowymiarowa, do tego cała reszta jest wodnista. Natomiast XX Bitter, może nie jest bardziej gorzki od Flensburgera, ale aromaty chmielowe mieszające się z owocowymi estrami typowymi dla górnej fermentacji tworzą niesamowity koktajl. Orgia dla zmysłów.

      • mm, mocno chmielony ejl, bedzie trzeba sprobowac gdzies dorwac. Co do Flensburgera, to nie pilem chyba dotychczas lepszego niemieckiego pilsa, rozumiem zarzut jednowymiarowosci, ale o prostote w tym piwie chyba chodzi. Zreszta niemieckie pilsy z wymyslnosci nie slyna. A co do Hopusa to sie nie zgadzam, pilem bez jakiejkolwiek wiedzy nt. tego piwa, bedac wszak pod lekka sugestia nazwy i jak dla mnie piwo jest genialna kombinacja, efekt koncowy wyborny no i goryczka konkretna – chyba ze trafilem na jakas odstajaca od reszty warke.

    • Nie widziałem, ale z Rodenbachem to jest niezła sprawa. Było to najtańsze piwo jakie kupiłem w sklepie, bodaj 0,70€ za butelkę 0,25L. Z racji, że wcześniej nie było okazji, to wypiłem go z gwinta w autobusie Bruxella – Charleroi. 😉

  1. Jakbyś startował w konkursie Browar.biz na relację z podróży, to wygrałbyś jeszcze jedną do Gdańska. Gratuluję ciekawych tekstów.

    • No wszystkiego nie można wygrywać. 😉 W Gdańsku byłem w lipcu, nawet wywiad z Michałami przeprowadziłem, niestety ze względu na cykl wydawniczy i perturbacje z rejestracją PSPD i Piwowara, zanim się ukazał, to już jednego Michała ubyło z Gdańska. 😉
      Poza tym wcale nie jestem przekonany, że bym wygrał. Miejsca przez mnie odwiedzone do szczególnie egzotycznych nie należą.

Dodaj komentarz